Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KL. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 września 2016

Dzień 4: chińsko-buddyjski

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od placu Merdeka, to tam ogłoszono niepodległość Malezji od Wielkiej Brytanii.





Potem przeszliśmy do China Town. Byliśmy już w wielu takich miejscach na świecie, głównie w USA, więc byliśmy przygotowani na to, że jest to miasto w mieście, gdzie jest wielu naciągaczy itd. Jednak trzeba przyznać, że się zdziwiliśmy. Po pierwsze nie widać wyraźnych granic, i nie mamy tutaj na myśli jakieś płoty czy mury, bo nigdzie takich nie ma, chodzi bardziej o kulturę, własne tzw urzędy, wymianę dóbr. Po drugie nie widzieliśmy parku w China Town takiego np jak w Nowym Jorku, gdzie Chińczycy mieliby swoje takie centrum rozrywki. Po trzecie, nie namawiano nas uporczywie do kupna czegoś, pytano jeden raz, a gdy odmawialiśmy to nikt za nami nie biegał i naganiał. Tak się chyba tylko dzieje, gdy wejdziemy w dyskusję i zaczniemy się targować, po ustaleniu ceny danego przedmiotu powinno się już go kupić, inaczej sprzedawcy bardzo się irytują.



















Nadal China Town ma swój zapach, wygląd, i smak. Jest tutaj kilka ciekawych świątyń, spory targ przy central market i długa ulica z wieloma sklepami, gdzie podróbek tutaj co nie miara. Jednak ludność chińska jest zdecydowanie rozproszona po całym mieście. Jedna z głównych szkół znajduje się jakieś 4 km od China Town, gdzie przypadkiem trafiliśmy idąc pieszo do kolejnej buddyjskiej świątyni Thean Hou Temple. Warto odwiedzić tę świątynię, gdyż jest główną świątynia buddyjską. Jest największa w Kuala Lumpur, poświęcono ją bogini morza, o czym świadczy jej figura przy wejściu, a u jej stóp basen z wodą, w której pływają ryby i żółwie. Obok świątyni jest przeogromny parking, wydaje się, że w styczniu (chiński Nowy Rok) odwiedzenie tej świątyni byłoby niezłym przeżyciem. 









Po południu wybraliśmy się na Petronas Towers, tym razem wjechaliśmy na punkt widokowy. Nasz Hotel znajduje się niedaleko Petronas, tak więc codziennie przechodzimy obok nich. Dla wszystkich, którzy lubią panoramę miasta polecamy tam wjechać. W wielu miejscach czytaliśmy, że lepiej wjechać na KL Tower, no cóż, ale Petronas to jednak taka klasyka i wizytówka miasta.








Na deser wieczoru zagraliśmy jeden set w tenisa na 9 piętrze naszego hotelu.



wtorek, 20 września 2016

Dzień 3: po hindusku

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od podróży poza Kuala Lumpur do Batu Caves (pociąg KTM za 5,20 MYR w dwie strony),





gdzie ludność hinduska z ogromnych jaskiń uczyniła sobie świątyń kilka. Jedną dużą, którą obrazują poniższe zdjęcia, i kilka mniejszych.



Zaraz po wyjściu z pociągu witają nas małpy, to te, które lubią płatać figle. Jest ich kilkadziesiąt, są bardzo głodne, gotowe do zabawy i otwarte na ludzi, oczywiście na swój sposób, który ludziom nie zawsze odpowiada.




Zaraz przed wejściem można również spotkać setki bardzo głodnych gołębi. Wstęp do głównej jaskini jest za darmo. Kobiety muszą tylko pamiętać o tym, żeby nogi były zakryte za kolana, w przeciwnym razie trzeba zapłacić 5 MYR za wypożyczenie szala na nogi, za który zwracają już tylko 2 MYR. Ciekawie to wszystko wygląda, jednak my byliśmy zawiedzeni tym wszystkim co tam było: brudno i kiczowato. Trochę popsuli naturalne piękno jaskiń.





Jedyne co tam warto zobaczyć to Dark Caves. Jest to całkowicie ciemna jaskinia, do której można wejść z przewodnikiem, kaskiem i latarką, z grupą ludzi, którą oprowadza się języku angielskim. Wstęp 35 MYR. Warto! Można tam doświadczyć całkowitej ciemności, zobaczyć tysiące nietoperzy, pajączki, szczury i węże.







Tych ostatnich nie widzieliśmy, ale podobno tam są. Początkowo myśleliśmy, że będzie przerażająco, ale jest inaczej, to miejsce fascynuje. W Polsce jest wiele jaskiń, ale klimat Azji jest tak tropikalny, że pozwala na przetrwanie nawet w tak wysokich i ciemnych jaskiniach wielu zwierzętom.

W drodze powrotnej wysiedliśmy na stacji KL Sentral, gdyż zaraz obok niej znajdują się Małe Indie.






Dla nas, był to po raz drugi niezły kicz, ale bardzo ciekawe życie prowadzą tam hindusi. Odważyliśmy się również wejść do jednego z barów na obiad, bardzo tani i nawet dobry.



Spróbowaliśmy również lodów o smaku duriana, tzw. polska śmierdząca skarpeta (Durian narodowy owoc Malezji), spróbować warto, ale posmak pozostaje na dłużej.



Zdjęcia ze stacji KL Sentral





Wieczorkiem zostały nam tylko nocne zdjęcia przy Petronas Towers